czwartek, 23 lutego 2017

Pączkiem w deprechę!

O ironio!
Święto obżarstwa, festiwal ostatnich podrygów karnawałowych przyjemności w tym roku zbiega się z dniem mniej znanym, mniej czczonym.
Tłusty Czwartek Roku Pańskiego 2017 wypada... 23 lutego, czyli w Ogólnopolski Dzień Walki z Depresją.

Warto przypomnieć sobie o luckrze z zaniedbanej Luckrowni, której jubileusz z roku na rok staję się coraz większą groteską.

Żeby nie było, że nic nie napisałem, że się luckru wyrzekłem, że gorzka rzeczywistość pochłonęła do cna mój słodki przed laty zapał...
Chciałbym złożyć życzenia wszystkim czytelnikom.


Grafika: salaterka.pl
Życzę Wam i sobie, byśmy nawet w trudnych chwilach pozwalali sobie na szczęście.

Nie musi to być od razu zabookowany bilet lotniczy do egzotycznych krajów, ale może jeden mały, przesłodki pączuszek kupiony w piekarence nieopodal domu.

Życzę Nam radości w nieśmiałym uśmiechu, kiedy życie nie przypomina komedii.
Nie wyrzekajmy się drobnych słów i gestów, dzięki którym atmosfera wokół staje się choć trochę cieplejsza.

Zamiast zrażać się tym, że kolejny dzień nie zdarzyło się nic wielkiego,
bo ani w pracy do przodu, ani podwyżki nie widać, ani mąż się nie znalazł, a żona znowu jakaś taka nie w sosie, z pomepejanką nie wystartowałem, długaśnego wpisu na blogu nie popełniłem,
doceńmy te szare cuda, małe powstania, nienagłośnione zwycięstwa dnia codziennego, ciche westchnięcia, pojedyncze zdrowaśki i słowa, choć niegromadne, to szczere.



Pozwólmy sobie delektować się życiem zwyczajnym, naszym małym Conieco. ;D
Luckrujmy nie tylko od święta!






czwartek, 5 maja 2016

Tak się mają sprawy

Rozgarnięci inaczej
porażają swoją mądrością uśmiechu,
który pojawia się po prostu i z byle powodu się nie wycofa.

Najwięcej o sensie
dowiesz się od tych z zawiązanym językiem.
Ten sens leży w ciszy i umiejętności słuchania.

A głusi mają dryg
do przemiany krzyku
w miłość bez definicji.

Światło i radość
bije od tych, którzy światła nie widzą.
Lecz czują.

Chromi, tak jak wszyscy ułomni,
najsprawniej pokonują bariery
mojego serca.

Tak się mają sprawy z niepełnosprawnymi.
Ich siłą jest to, że dzięki nim jestem
mniej ograniczony.



Dziś obchodzimy Dzień Walki z Dyskryminacją Osób Niepełnosprawnych
oraz Dzień Godności Osób z Niepełnosprawnością Intelektualną.
Napisałbym więcej, ale jakoś trudno mi skleić myśli w dłuższe akapity. Tekst może mało odkrywczy, ale szczery. Choć w kilku słowach chciałem wyrazić uznanie dla słabości moich bliskich i przyjaciół, słabości, z której stale uczę się czerpać wielką siłę dla siebie.
Dziękuję dziś Bogu za Was.

Na koniec jeszcze świetny filmik promujący Quebeck w nietypowy sposób.
Polecam włączyć angielskie napisy.






czwartek, 4 lutego 2016

Błogosławieni przegrani

Ludziska,
zapraszam!

Moje dziecko kończy dziś 5 lat!
Kiedyś rozsadzała je energia, było nie do usadzenia. Roześmiana buzia prawie się nie zamykała.
Co innego teraz. Trochę posmutniało, chowa się w kącie, nie chce gadać.
Zamyka się w sobie... Bunt pięciolatka czy co?
Może Wasza dzisiejsza obecność na urodzinowej imprezie ośmieli Luckrownię,
rozchmurzy i doda otuchy!
Rozgośćcie się, naróbcie szumu. No i jak co roku, wcinajcie pączki!

Zamiast pięciu świeczek – osiem błogosławieństw,
z podziękowaniem dla wszystkich moich przyjaciół, którzy są ze mną mimo wszystko.




Błogosławieni niemiłosiernie słabi.
To właśnie od was otrzymuję najwięcej miłosierdzia.
Nie brak wam czasu, cierpliwości i zrozumienia.

Błogosławieni zagubieni,
gdy witacie mnie serdecznie na zakrętach mojego życia,
naszych wspólnych bezdrożach.

Błogosławieni słabeusze, tchórze i lenie.
W momentach trwogi i zniechęcenia przypominacie,
że odwaga jest darem z nieba.

Błogosławieni przegrani.
Za to, że przestaliście grać przed ludźmi kogoś innego
- dziękuję wam.

Błogosławieni złamani przez zło,
zmiażdżeni cudzą nikczemnością,
dobroć w waszych oczach jest prawdziwym diamentem.

Pogrążeni w rozpaczy i lęku, błogosławieni jesteście,
gdyż znacie wartość prawdziwej radości z odzysku,
pokoju wbrew wszelkiej nadziei.

Błogosławieni alkoholicy, narkomani, lekomani, palacze, żarłocy i seksoholicy,
wszyscy ludzie skończeni.
Uczycie mnie, że nie jestem alfą i omegą.

Błogosławieni jesteście wy,
rozłożeni dziś na łopatki.
To za was Chrystus rozciągnął swoje ręce na krzyżu.


foto: G.G.
model: Luc
kurtka: po tacie
spodnie: po starszym bracie
buty: w prezencie
koszula: ulubiona
miejsce: mijane codziennie w drodze do kościoła

By obejrzeć zdjęcia w pełnym rozmiarze, wystarczy kliknąć.


środa, 20 stycznia 2016

W mordę!

Ciemno, cicho. Nawet komórka milczy.
Gwizdu fujarek nie słychać od dobrych kilku dni. Tak zdarza się tu coraz częściej. W tym jednak nie do końca śpiącym mieszkanku w dzielnicy robotniczej unosi się zapach kawy i podgniłych resztek żarcia. I ten smród maści rozgrzewającej. Fuj. Góra zaschniętych garów rośnie od ponad tygodnia, a do podłogi przywierają już skarpety. Wczorajsze, dzisiejsze, bez różnicy, chwila moment i już materiał muszę zdzierać z gumoleum. To zapewne sprawka naparu z goździków, co mi się wylał którejś nocy. Może ta mikstura, oprócz silnych substancji przeciwbólowych, skrywa również moce wzmacniające siły grawitacji. To by się nawet zgadzało, coraz trudniej podnieść mi się z łóżka.

Przed chwilą musiałem sięgnąć po tramal... Na samą myśl o nim, robi mi się niedobrze. Mam nadzieję, że zaraz się do mnie choć trochę uśmiechnie. Niech nie baczy, że nasza rozłąka trwała niespełna rok. Puśćmy co złe w niepamięć. Proszę, by uśmiechnął się chociaż półgębkiem. Większych oczekiwań nie mam. Nie życzyłem sobie tych spotkań, które tak naprawdę wnoszą znikomą ulgę podczas tych dni spowitych mrokiem. Byłem przez ten rok uparty. I co z tego? Leki przeciwpadaczkowe w pogotowiu, zastrzyki z ketonalu czekają na przybycie pielęgniarek z mojego najbliższego środowiska. Wiązka spolaryzowanego światła skierowana już dokładnie tam, gdzie boli...

W mordę. Kurwa!
Dziś już wymiękam.

Pewnie wkrótce kolejna fizjoterapia. Odliczanie dni... długich 72 lub więcej dni do kolejnego zabiegu paraliżującego mięśnie twarzy, szyi, a ostatnio i głowy. Niewykluczone, że lada dzień i definitywna wyprowadzka ze stancji, na której dziś, już całkiem oficjalnie otwieram domowy oddział traumatologii. Odział zadłużony, jak we wszystkich szpitalach w Polsce.
Domowy, bo doktory, za przeproszeniem, wuja się znają. Robią, co mogą, ale... Nie potrafią skutecznie wyleczyć. Postawić na nogi.

Dla niewtajemniczonych: od kilkunastu lat cierpię na chorobę neurologiczną, zwaną tajemniczo dystonia ogniskowa. (Na łamach blogu nie wspominałem o niej często, ale teraz trudno będzie przemilczać temat moich zdrowotnych trudności.) To takie niewiadomoco, co każe określonej grupie mięśni szkieletowych w Twoim ciele kurczyć się zupełnie bez... wbrew Twojej woli. Choroba o wielu twarzach, lubująca się wśród muzyków (kurcz muzyka) i pisarzy (kurcz pisarski). Zagadkową przypadłość zdiagnozowano u mnie dopiero kilka lat temu. Aby tego było mało doskwierają mi problemy ze stawem skroniowo-żuchwowym. Takim małym, w szczęce. Używasz go przy każdym kęsie, wypowiedziany słowie, wyśpiewanej głosce, ziewnięciu i pocałunku. Mimo kilku podejrzeń, pewnych ustaleń i rozpoznań (jak czynniki genetyczne, gra na instrumentach dętych, wrodzony niedorozwój części żuchwy), licznych konsultacji i nawet zagranicznych badań, wielu sposobów terapii, ból doskwiera mi na tyle, że potrafi konkretnie zdezorganizować życie. I nie ukrywam, mam często ochotę się poddać. Wielu medyków rozkłada ręce, a cała rzesza bagatelizuje zgłaszane przeze mnie dolegliwości ze względu na moją medyczną przeszłość w kolorze żółtym.

Pewnie jeszcze tej nocy zabraknie mi paciorków i przytłoczy bezlitośnie nadmiar Bożych tajemnic. Proszę o modlitewne wsparcie, ból jest już tak silny, że zacznę chyba chodzić po ścianach. W sumie te klejące skarpety mogą się przydać.

Wcześniej tylko powinienem zamurować okna...
i wykręcić klamki.


Proszę o modlitwę, bo nawet jeśli ostatnio udaje mi się utrzeć luckier, to bardzo szybko gorzknieje.