sobota, 2 lipca 2011

Nadzieja,
a jej siostrą jest Miłość

      Kiedy smukła i długa noga Oli zaczyna muskać pasy przejścia dla pieszych, ma się nieodparte wrażenie, że wszyscy wokoło kierowcy stanęli na czerwonym tylko po to, by móc podziwiać lekkość, z jaką porusza się ta blond-piękność. Doprawdy nie wiadomo, czy wzrok ulokować na jej przebierających po zebrze, gazelich nogach czy też na rozwianym dziewczęco, jasnym włosie z push up'em. Czy też na innych push up'ach, dostrzegalnych to tu, to tam, bo Ola niemal tańczy chodząc. Kiedy na tym samym przejściu rusza Ewa, zza kierownic zapewne unoszą się błagalne litanie oraz wezwania do św. Krzysztofa, by jak najszybciej doturlała się na przeciwległą stronę ulicy i broń Boże nie zaczęła rodzić na środku jezdni. W jej wypadku to raczej: "Don't push!" Zakładam się, że nikogo nie pociąga to, jak powoli powłóczy nogami, niosąc resztkami sił ciężar życia, który rośnie od niespełna dziewięciu miesięcy. Uczes Ewy chyba też nie zasługuję na uwagę... Chyba że znacie jakiegoś zdolnego do poświęceń stylistę, który zgodziłby się na dłuższą interwencję fryzjerską?

      Faktycznie, Ola, w przeciwieństwie do Ewy, widzi się z fryzjerem regularnie, przynajmniej raz w miesiącu. Wiem o tym, bo rozmawiamy ze sobą bardzo często i o wszystkim, chociaż tych babskich pierdół "o pudrach na krzywonos i odżywkach na porost" wolę unikać (ale o tym później). I o wiele bardziej lubię z nią rozmawiać w kameralnych warunkach, a niżeli pojawiać się w miejscach publicznych, gdzie rozbiegane męskie spojrzenia lądują pełne zachwytu na niej... lub pełne zazdrości na mnie. Nie wiem jak Ola, ale ja wtedy czuję się jak w jakimś dziwnym teatrze. Tyle że, poza opromienieniem przez główną gwiazdę tego przedstawienia, nic mnie nie uprawnia do stąpania po scenie, na którą wepchała mnie nieprzeciętna uroda mojej kumpeli. Trzeba jednak przyznać, że w tańcu to zainteresowanie moją partnerką przynosi pewną korzyść. Nikt, przepraszam: nikt z mężczyzn nie chce zasłaniać rozkołysanej w tańcu Oli, przez co stwarza się wokół niej aura masowego zauroczenia, a materializując się w postaci wolnej przestrzeni, gratis otrzymujemy razem do dyspozycji kilka bezcennych dodatkowych decymetrów czy wręcz metrów kwadratowych tanecznego parkietu. To ma sens. Taniec z Olą potrafi mnie kompletnie rozluźnić i rozweselić. Ola rusza się z tak fantastycznym powabem, ujmującym uśmiechem, no i wielce zaskakującym zaufaniem do mnie, że nie sposób w takich okolicznościach powstrzymać mi się od cokilkusekundowego wymachu moich szczudłowatych nóg i przydługich rąk gdzie się tylko da. Niestety, czar zazwyczaj pryska wraz z wyciszeniem muzyki, kiedy Ola staje się... Bardzo smutna... i przykra, momentami aż nie do zniesienia. Zaciskam zęby i pięści, sztywnieją mi nogi. Szlag trafia całe wcześniejsze rozluźnienie w rytmie cha-cha. W takich chwilach w myślach i słowach porównuję ją do jej siostry, Ewy.
    Z Ewą być może nie chadzam na dancingi a okazja do szaleństw na parkiecie szybko się nie nadarzy - wiadomo: końcówka ciąży, lada moment poród, połóg, noworodek, potem kolki, biegunki, nieprzespane noce, płacz i ząbkowanie dziecka, płacz i zgrzytanie zębów matki - to wiele niekłamanej radości sprawia mi rozmowa z nią, a nawet zwykłe, często czysto przypadkowe spotkania na ulicy. Dobrze czuję się w towarzystwie Ewy, bo ona dobrze czuje się sama ze sobą. Zresztą nawet jakby doszło do wspólnej imprezy, Ewa zapewne wolałby tańczyć z Markiem, swoim ukochanym mężem, a moim kilkuletnim kolegą. Dodaje otuchy widok, jak cieszą się dziś sobą nawzajem, bo nie zawsze między nimi było dobrze. Myślę, że sporo zła w ich znajomości przynosiły wszelkie wątpliwości i negacje ze strony Ewy. Ewa bowiem kiedyś, tak samo jak obecnie Ola, przekreślała praktycznie każde szczęście, jakiego mogła smakować zupełnie za darmo. Miała problem z akceptacją siebie, a przeważnie z akceptacją swojej wagi. Uważała się za grubą, a w rzeczywistości cierpiała na chorobliwą niedowagę...
    Turbina niezadowolenia Oli zazwyczaj zaczyna się od tych niepozornych trybików - rzeczonych babskich pierdół, że nos za duży albo biust za mały, że na głowie włosów niewiele, tymczasem gąszcz na łydkach jak w Amazonii, a i tak noszone spodnie z nogawkami do kostek nie zasłonią coraz to nowych zmarszczek na twarzy. Za chwile, po płaczu nad monstrualnymi bruzdami na policzkach i czole (łzy je mają wygładzić czy co?), będzie mowa, a raczej szloch o starczym wieku i nikłych szansach na przyszłość, świetlaną, bo już od samego słuchania tych narzekań i roztaczania atmosfery dramatu zostajesz wtrącony do najciemniejszych zakamarków kobiecości. A bardziej niż estetyczne, ale przy tym całkowicie wydumane, mankamenty w fizjonomii Oli, przerażające wydają się jej defekty duchowe, kreślące czarne wizje jej samej i całego świata, wszechwładzy nieszczęścia w jej życiu, o którym to potrafi rozprawiać z pełnym przekonaniem godzinami. Uwierzcie mi, że w mrocznych godzinach znika wszelkie piękno z twarzy tej dziewczyny. Duże, niebieskie oczy mimo że załzawione, to nie lśnią, raczej zasłania je natenczas matowe zwątpienie. Tusz co prawda nie rozmazuje się pod przeciekiem rozpaczy z głębin refleksji o życiu, ale ja wtedy jestem bezradny niczym krem Nice Eyes firmy Vichy, który być może pomaga na nieatrakcyjną skórę, która po płaczu wokół oczu wisi, ale nie uratuje żadnej dziewczyny przed wisielczym humorem. Mogę Olę próbować pocieszać, ale pomimo lat znajomości nie mam pojęcia jak ją prawdziwie uradować. Nie potrafię zahamować lawiny rozpoczynającą się od niewinnie za dużego dużego nosa, a kończącej się na tonach rozpaczy złożonej z gruzów każdej warstwy jej życia. Przyglądając się temu mechanizmowi autodestrukcji, zamiast wspierać ją, wpadam w furię, tak jak wczoraj. Pokłóciłem się z Olą niemożebnie, zmęczyło mnie jej czarnowidztwo jak nigdy przedtem. Jak można tak narzekać i kłamać sobie samemu? Wczoraj moja wyrozumiałość została kompletnie wyczerpana.

- Cześć Olu, dokąd zmierzasz? - zapytała Ewa, sapiąc na białym pasie przejścia dla pieszych.
- Cześć siostra, jestem umówiona nieopodal z Łukaszem, lubię go, ale mam go serdecznie dosyć. Zresztą, jak wszystkich... - intonacja w przywitaniu Oli opadała nisko z drastyczną prędkością.
- Poczekaj, pomóż mi zejść na chodnik, bo zielone już wygasa. - Tak naprawdę Ewa miała na myśli wygasającą w ustach siostry nadzieję na jakiekolwiek szczęście.
    Obydwie siostry przystanęły obok kwietnego straganu. Ciszę zabił warkot silników w ruszających samochodach.
- Olu, chodź no do mnie! - powiedziała ciepło Ewa z rozpostartymi ramionami.
Siostry przytuliły się, lecz mimo otwartej postawy Ewy, Ola wyglądała trochę niezdarnie w przyjętej pozycji.
- Jeju, nie chcę uszkodzić brzucha!
- Nie uszkodzisz, kocham Cię!

- Ewka... kopie! Mały mnie kopie! - wykrzyknęła podekscytowana Ola - Co za siła!
- Cieszy się, Olu, ze spotkania ze swoją przyszłą mamą chrzestną... Bo właśnie w kumy Cię chcemy wraz z Markiem poprosić. Swojego chrześniaka chyba nie masz dosyć, prawda? Co Ty na to, mamo Olu?
- Jak nas nasza matka zostawiła w bidulu... - zaczęła cicho łkać Ola - to rodzice chrzestni też nas mieli gdzieś!!!
Ewa ze spokojem odpowiedziała:
- Tak, ale "choćby matka zapomniała o swym dziecku, Ja nie zapomnę Cię!" Nie było by nas tu, a pomiędzy nami mojego brzucha, gdyby Bóg o nas zapomniał...

    Za kwietnym straganem stałem ja, z badylem w ręce. Zwlekałem z wyskokiem zza wiadra tulipanów, aż odejdzie Ewa, bo przecież do Ewy nieustannie porównywałem moją Olę. Chciałem ją przeprosić, bo wczoraj przesadziłem w słowach. Teraz siostry tuliły się do siebie. Przyglądałem się im, ich więzi. Więzi cierpienia, a także miłości. Głupio mi się zrobiło, że kiedy przy mnie Ola wypłakiwała swoją mantrę nieakcpetacji całego życia, ja nigdy jej nie przytuliłem. Nie powiedziałem, jak bardzo cieszę się z tego, że jest, że się znamy, że cudownie tańczy, że lubię, gdy mi w tańcu ufa. Nie potrafiłem jej kochać, kiedy mówiła mi o swoim cierpieniu...

- Ewka, zgadzam się, chcę być matką!



PS Wszelka zbieżność imion, sekwencji wydarzeń, tudzież marek kremów pod oczy jest przypadkowa! Cała historia w mojej głowie się zadziała, a ze względu na rażącą obecność luckru została opublikowana w Luckrowni.



piątek, 24 czerwca 2011

Biały miś by Luc
[videoantydepresant]




W tym momencie Luc został gwiazdą...
na lodzie...




Jesteście w stanie mnie zrozumieć,
jeśli dodam, że trwa sesja?
Prawda?

niedziela, 12 czerwca 2011

Życie w jakości HD


    Przez lata choroby, tuż przed zaśnięciem, usilnie prosiłem Boga, by następnego dnia już więcej mnie nie budził. On budził mnie nieustannie, choć ja najczęściej nie znajdywałem w sobie sił do podniesienia ciała z łóżka, ani nie odczuwałem ochoty kierowania myśli ku życiu. Czy to z pozycji leżącej, siedzącej, czy każdej innej świat wyglądał dla mnie tak samo - tak samo źle. Rzeczywistość jawiła mi się jako przymusowy seans, podczas którego nieciekawe albo dramatyczne obrazy wyświetlane były na niewielkim, zaledwie kilkucalowym, szarym i zamglonym ekranie turystycznego telewizorka z poprzedniej epoki. Emitowany film w reżyserii Pana Boga wydawał mi się przerażający i uciążliwy jak niemający końca telewizyjny tasiemiec. Dziś wiem, że "Życie" zawsze jest piękne, tyle że w czasie głębokiej depresji nie było mi dane oglądać tej cudownej produkcji na odpowiednio dostrojonym odbiorniku. Tym dostrojeniem jest Boża optyka, która sprawia, że można zasypiać z najprawdziwszym pragnieniem ujrzenia kontynuacji wielkiego daru, jakim jest życie.

     Obudziłem się dziś z wielką radością i dziękczynieniem. To doświadczenie zdarza mi się może nie zawsze, ale nadzwyczaj często i za każdym razem jest nad wyraz wspaniałe, niesamowite. Przez lata rozpaczy, która głębinami sięgała już nie tylko ciężkiej depresji, bo dół wgniatał się nie jeden raz do przedsionka schizofrenii, "radosne przecieranie oczu na dzień dobry" było dla mnie nie tyle nie do osiągnięcia, co po prostu nie do wyobrażenia. Nie mieściło mi się w głowie, że mogę dziękować Bogu za życie, za cierpienie, za wszystko, co dostałem, co się wydarzyło. To smutne, podczas lat młodych i młodzieńczych, a nawet dziecięcych, moje niespisane i niesłyszane przez nikogo rozmowy z Bogiem można by streścić do lamentu: "Boże, nie chce mi się żyć". Niekontrolowane i pewnie ciut nieświadome, ale pełne goryczy frazy stały się moimi wewnętrznymi antyaktami strzelistymi. "Boże, zabij mnie!" przyrosło do mojej głowy, aż rzeczywiście zacząłem umierać.
     Nie potrafię chyba w pełni nakreślić cierpienia, jakie kryje się pod moją diagnozą "choroba schizoafektywna". Nie wiem, jak wyjaśnić rozpacz, która unieruchamiała mnie w łóżku bez wytchnienia na całe tygodnie, podczas których sił brakowało nawet do wystania nad klozetem, albo też jak opisać brak nadziei, który budził lęki i kreślił koszmary, zakrzywiał obraz rzeczywistości podsyłając do mojej głowy omamy i urojenia. Nie mam pojęcia, jak nazwać ból, który kierował na stryczek już nie tylko moje myśli. Jedno dzisiaj jest pewne, gdyż tego doświadczam: Bóg jest silniejszy niż moja choroba schizoafektywna. Wiem, że to On posyła mi swoje Słowo, wydarzenia, ludzi, przyjaciół, spowiedników, terapeutów, lekarzy, dzięki którym wskrzesza mnie do życia i również w cierpieniu pozwala dostrzec szczęście.
     Dwa lata temu przeżywałem kolejny, powtarzający się do znudzenia, gorszy okres w chorobie. Do rozwalonej psychiki dołączyły bolesne zaburzenia neurologiczne, zawirowania endokrynologiczne, a kilku specjalistów poleciło wykonać badanie mające na celu wykluczenia zmian strukturalnych mózgu, ewentualnego guza. Na rezonans - jak wszyscy pod opieką naszego NFZ-u wiemy - czeka się długo, a czas wtedy nie zdawał się być moim sprzymierzeńcem. Dzięki Bożej łasce udało się rozpalić płomyk nadziei, który ciągle gdzieś tlił się w ciemnościach mojej duszy, któremu dotychczas ani leki, ani szpital, ani modlitwy, ani dziewczyna, ani rodzina i przyjaciele, ani egzorcyści i pielgrzymki... po prostu nic nie pozwalało zapłonąć mu na tyle długo, by wystarczająco rozświetlić moje życie. W pewnym momencie coś mnie natchnęło - spostrzegłem, że nieustanne spamowanie Bogu w myślach prośbą o rychłą śmierć wcale nie przynosi ulgi w cierpieniu, przeciwnie - wykańcza mnie śmiertelnie. Kiedy piekło zapraszało mnie codziennie do wkroczenia do swoich czeluści, zacząłem gryźć się w "myślowy język". W swoim antyakcie strzelistym zmieniłem tylko orzeczenie, by nie naruszać tej utartej od dziecka konstrukcji. I tak z zawołania "Boże, zabij mnie!" starałem krzyczeć "Boże, OCHROŃ mnie!" Zwane w psychiatrii myśli "S" pojawiały się non-stop, a ja prosiłem w tym czasie, niejednokrotnie w nocy, o wspólną modlitwę wszystkich moich znajomych. Nieszpory wieczorem u mnie, różaniec u kolegi w nocy, taksówki krążyły pomiędzy domem moim i domowymi kościołami moich przyjaciół. Jednego dnia (po tym jak z płaczem pełniłem opiekę nad moim chrześniakiem, Jeremim), wykończony atakami myśli samobójczych przypomniałem sobie, że kiedyś lubiłem biegać. Wypłaciłem ostatnie pieniądze i kupiłem pierwsze lepsze adidasy. Trafiłem na zimową przecenę letniego obuwia, to było w lutym. Mimo śniegu i mrozu, wybiegłem na dwór. Ślizgając się po chodniku, zastanawiałem się, kiedy ostatnio miałem na sobie sportowe buty. 3 lata... 4 lata temu? Do parku nie dobiegłem, ale z płaczem przeszedłem w nim jedno kółko. Do codziennej modlitwy z ludźmi dołączyły marszobiegi, co drugi dzień, nie było przeproś, wolałem zmęczyć ciało niż ciągle katować zmartwieniami głowę.
     Modlitwa, o którą prosiłem innych jak biedak, wysiłek i mroźny wiatr na załzawionym policzku, także zmiana leków, walka ze Złym i jego narracją... Boże, ochroń mnie! Boże, ochroń mnie! W końcu Bóg zaczął ochraniać wewnętrzny płomyczek nadziei, rozpalać Swoją miłością. I w tym miejscu też nie potrafię opisać przytulenia ze strony Boga, o które czasami prosiłem, którego jednak nigdy nie odczuwałem. Przyszedł termin badania. Wybrałem się na nie z pokojem w sercu, bo wiedziałem, że Bóg mnie kocha i nie chcę dla mnie źle. Nie chciał, brak zmian strukturalnych, podejrzane obszary w normie.
     Po dwóch miesiącach wysiłkowe marszobiegi zamieniły się w radosne 11-kilometrowe maratony. Jeremi, mój chrześniak, okazał się świetnym kompanem do wspólnego śpiewu i zabaw. Spostrzegłem, że o wiele ciekawsze niż nierówne płyty w chodniku są pobliskie kamienice i wystawy, drzewa i kwitnące w maju kwiaty. Nagle, jak spod ziemi, wyszły na jej powierzchnię piękne dziewczyny. Poczułem się tak, jakby przez ten okres zmagania Ktoś, niczym ekipa z "Kto Was tak urządził?", wyremontował moją zagrzybiała ciemną norę, ledwo oświetloną przedepokowym teleodbiornikiem na luksusowy salon z wielkim ekranem o najlepszych parametrach, wzbogaconym o wykrywacz uśmiechu. Odzyskałem na powrót ostrość widzenia. Lepiej widoczne było wszystko. Wszystko, czyli również szczęście, moje i cudze.
     Życie nabiera jakości HD, kiedy patrząc wprost przed siebie, zdaję sobie sprawę, że Bóg oświetla cały świat z góry, opromnienia to, co za mną, również to, co przede mną. Dzięki Bożej optyce mogę inaczej patrzeć na siebie i innych. Życie w jakości HD nie polega na tym, że jest tylko barwne i piękne (moje bolesne zaburzenia neurologiczne nie minęły, mam wiele zmartwień). Sęk w tym, że jest wyraźne i odpowiednio oświetlone przez Boga, przez jego Słowo. Samo przejście na tryb HD odbywa się u mnie każdego dnia, każdego dnia na nowo. Nie chcę już zasypiać prosząc Boga o śmierć. Wolę budzić się i oglądać życie w odpowiednim, Bożym świetle. Tylko taki ogląd na życie jest prawdziwy i, co najistotniejsze, radosny!



niedziela, 15 maja 2011

Czcij ojca swego,
a nawet pijącego

     Czy będzie to głuche "beep" w słuchawce telefonu, milczący śmiertelnie domofon, czy też drzwi wejściowe, które jak na złość ani drgną przez kolejne godziny, dni, tygodnie... Także słowa o sile rażenia grochu, co obija się o ścianę butelki. Wszystko to będzie mi się kojarzyć z ojcem. A może raczej z jego brakiem w moim życiu. Jednak najbardziej jest mi go brak, kiedy nie znajduję w swoim sercu miejsca dla niego - mojego słabego taty.


*tekst Luca, obrazek z sieci

     Ojciec-alkoholik - to zestawienie, brzmiące jak nieudany dowcip Pana Boga, było dla mnie powodem wstydu przez kilkanaście lat mojego życia. Ojciec pił od zawsze. A moje zawsze zaczyna się od moich urodzin albo raczej od pierwszych wspomnień z dzieciństwa. Nie mam zamiaru w tym miejscu powracać do chwil bolesnych, przyśpieszających wtedy bicie małego strwożonego serca, targanego pomiędzy tęsknotą, miłością a nienawiścią i przerażającą chęcią zemsty. Powracanie do tych wspomnień niestety potrafi ścisnąć serce w piersi dorosłego już mężczyzny. Tyle że dojrzałość to pogodzenie się z przeszłością, to także akceptacja wszystkiego, co może przynieść jutro. Zauważyłem u siebie pewną prawidłowość: kiedy nie godzę się na sumę historii dokonanych w moim życiu, od razu paraliżuje mnie myśl o jutrze. W ten sposób tracę teraźniejszość. Dlatego bardzo chciałbym dorosnąć do teraźniejszości.

     Moja obecna relacja z ojcem jest nadal trudna, ale mimo wszystko cudowna, bo lepsza. Był bowiem czas, że nie wierzyłem w żadną poprawę w moim postrzeganiu człowieka, który - czy tego chcę, czy nie - przekazał mi życie, ale w tym życiu niemal nieustannie mnie krzywdził. Nie ma co ukrywać, że czułem się przez ojca o wiele bardziej skrzywdzony niż obdarowany. Jak w takim wypadku "czcić ojca swego"? Przez długi czas życie było dla mnie równoważne z cierpieniem lub ciągłym wynagradzaniem cierpienia innym: mamie, braciom, rodzinie. Skoro wokoło tak wszyscy cierpią z powodu ojca, niech już dodatkowo nie cierpią przeze mnie - tak myślałem i do czasów liceum stosowałem się do tej myśli. Dokładałem wszelkich starań, by w domu być dobrym synem dla matki i dobrym bratem dla rodzeństwa, podobnie w szkole - wzorowym uczniem i lojalnym kolegą. Uśmiech praktycznie nie schodził z mojej twarzy, nie mam chyba żadnego smutnego zdjęcia z tamtych lat. Ze skrywanym smutkiem i rozpaczą musiałem radzić sobie sam. Dopiero kiedy miałem 15 lat udało mi się po raz pierwszy wykrztusić komuś: "Mój ojciec jest alkoholikiem". Skurcz mięśni twarzy, paraliż, cisza, płacz. To było jedno z takich wypowiedzeń, jak "Umarł", "Zginął", "Żegnaj", "Jestem chory", "Kocham Cię", "Dziękuję, że jesteś", "Jestem w ciąży", "Nigdy Cię nie kochałam", "Przebaczam Ci", po których końcowa kropka jest tak silna, że potrafi zamknąć możliwość dalszej artykulacji zarówno u nadawcy, jak i odbiorcy tego komunikatu. Pauza po wygłosie mojej frazy na szczęście nie trwała wiecznie, jak sami widzicie. Kiedy odważyłem się odkryć swoje rany nie tylko przed Bogiem, ale też przed innymi, wtedy Bóg zaczął je opatrywać. Nie zawsze robi to delikatnie, bo gruntowne oczyszczanie ran zazwyczaj jest bolesne.
      Rana musi oddychać - to jedna z zasad pomyślnego gojenia. Poczułem ten oddech, kiedy stanąłem przed innymi jako człowiek zraniony. Wkrótce, dzięki Bogu, te same rany pokazałem mojemu ojcu. Tyle, by móc się obnażyć przed nim z miłością, musiałem wpierw zobaczyć, że tej miłości w sobie nie mam. Święty Jan od Krzyża w "Nocy ciemnej" obrazowo wyjaśnia pewną właściwość Bożej Miłości, która wypala duszę człowieka. Trawiona ogniem Miłości dusza z początku wcale nie pięknieje, tylko pokrywana jest wszystkim nikczemnym, co dotychczas było ukryte gdzieś głęboko. I tak zanim dusza da ciepło wokoło, musi zwęglić się niczym drewno rzucone w płomienie. Mądrość świętego mistyka - leczenia której bez wahania podjąłby się dziś prawie każdy psychiatra - paradoksalnie sprawdzała się w moim życiu duchowym. Kiedy bowiem zacząłem prosić Boga o miłość do taty, wtedy Bóg jeszcze dosadniej przekonywał mnie o wielkich pokładach nienawiści. Wieloletnie karmienie się poczuciem krzywdy i chęcią zemsty wydało gorzkie owoce. Wykreśliłem ojca ze swojego serca, zabiłem go tym, że nie potrafiłem go kochać mimo zranień - takie refleksje były chyba pierwszymi oznakami działania Miłości, o której najczęściej mówi się tak pięknie i lukruje do przesady. Świadomość tego, że ja też jestem katem - przecież nie jeden raz życzyłem ojcu śmierci - wzbudziła we mnie wołanie do Boga o pomoc, o zwycięstwo nad wrogością, nad moim grzechem... Pierwszy raz zapragnąłem, by Bóg zmienił serce nie mojego ojca, ale przede wszystkim moje. Bóg odpowiedział, tak jak obiecał "Dam Wam serce nowe", i wraz z moją osobistą modlitwą, duchowym wsparciem moich znajomych, przewidział wspaniały ratunek.
      Jedna rozmowa, jeden wspólny obiad z tatą, kiedy do stołu siadłem tylko z nim, niby na przeciwko, ale bez poczucia, że jestem kimś lepszym... Byliśmy w tej chwili na równi - ja, tak samo jak on, nie potrafiłem kochać. Fakt, nie skrzywdziłem ani swojej żony, ani dzieci, bo ich po prostu nie miałem, ale krzywdziłem mojego ojca, którego dał mi Bóg. Opowiedziałem tacie o tym, jak się czułem, jak się czuję teraz. Poprosiłem o przebaczenie za to, że uśmierciłem go wielokrotnie w moim sercu. To również była fraza spośród tych z silną kropką... Łzy popłynęły z obydwu stron. Ojciec mi wybaczył i sam prosił o przebaczenie. Było to coś nowego dla nas obydwu. Tata wiele mi opowiedział o sobie, swoim dzieciństwie, braku ojca. Podczas tego spotkania zrozumiałem, że moje zawsze w postrzeganiu nałogu ojca jest tylko wycinkiem jego całego życia, które wpływa na nasze wspólne teraz. W ten cudowny sposób Bóg zaprosił mnie do kroczenia drogą codziennego przebaczania człowiekowi słabemu, do miłości płynącej z nieba.

      Ktoś z zewnątrz mógłby powiedzieć, że nic się nie zmieniło. Tata dalej pije. Ostatnio wpadł w ciąg. Kilkudniowe poszukiwania telefoniczne wśród znajomych od kieliszka, którzy albo nie podnosili słuchawki, albo mamrotali coś bez sensu, czy nawet rzucali "kurwami", nie rozumiejąc kto i w jakiej sprawie do nich dzwoni. Moje rowerowe patrole po "możliwych metach". Te same strachy, co z dzieciństwa... i podobne sekwencje. Może resztę przemilczę. Na domiar złego, w czasie ciągu tata pojawił się w pracy. Wynik pracowniczej kontroli (3 promile) nie tylko przekreślił szanse na dalsze bicie czasowego rekordu zatrudnienia w jednym miejscu, przy naszym dwuletnim dopingu, ale w ogóle splamił myślenie o przyszłości... Kolejne leczenie, awantury? Nadal zdarzają się sytuacje, że, jak niegdyś mały chłopiec, mam ochotę na złość ojcu posolić herbatę albo, jak przystało na dorosłego faceta, porządnie mu przysolić. Szczególnie w chwilach, gdy widzę moją mamę, której tata nie broni i nie pociesza. Można zatem pomyśleć: Boga nie ma, a jak jest to nie działa i nie kocha. Mylne wrażenie. (uwaga: kolejne akapity luckrowane)

      Nie wiem, na ile zostało przemienione serce mojego taty, tylko jeden Bóg to wie. Natomiast widzę wielkie działania Boga w przemianie mojego serca. Nie objawia się ono tym, że jestem dziś wspaniałym synem, z sercem na dłoni, że nie odczuwam złości, wybuchy nienawiści to już nie moja choroba, a moje życie upływa na służeniu ojcu bez reszty. Nie będę nikogo oszukiwał - łatwo mnie wzburzyć, wytrącić, przybić... Jednak dziś, przy jednoczesnym odczuciu własnej małości, jestem bardziej odważny w prośbie o Bożą Łaskę. Może przytoczę zdarzenie sprzed kilku tygodni, kiedy jeszcze mieszkałem z rodzicami. Jednego powszedniego dnia, około godziny piątej rano obudziły mnie odgłosy kłótni rodziców. Nie mogłem dłużej spokojnie leżeć, kiedy usłyszałem szloch mojej mamy. Wstałem zaspany w samych majtkach, żeby ją po prostu przytulić - podniosły mnie z łóżka dobre intencje. Przytuliłem mamę, ojciec zaśmiał się głupkowato w moją stronę, może ciut szyderczo. Nie mogłem znieść dobrze znanego, prześmiewczego wyrazu jego twarzy. Zamachnąłem się, ręce mnie świerzbiły niemożebnie. Szlag trafił moje dobre intencje. W tym momencie zacząłem się modlić, do Jezusa, najprościej, najszczerzej. "Jezu, umarłeś za mnie i za mojego ojca. Kochasz mnie i jego tak samo. Ja w tej chwili nie kocham taty, według mnie należy mu się tylko wpier***. Ale Ty powtarzasz, że go kochasz. Daj mi więc teraz choć trochę Swojej miłości do niego, bo ja jej po prostu nie mam. Obiecałeś mi to!"
      "Czcij ojca swego, a nawet pijącego" - nie jest moralizmem, tylko moim doświadczeniem. Z Bogiem miłość ojca-alkoholika jest nie tylko możliwa, ale daje pokój i radość. Pomaga się pogodzić z życiem, pomaga dorosnąć. Proszę Boga o miłość do taty każdego dnia, tylko to mnie ratuje przed ślepym trwaniem w nienawiści, zarzucaniem Boga pretensjami, przekreślaniem dobra, które było, jest i które Bóg dla mnie jeszcze przewidział. Jestem świadomy, że kiedy wyrzucam ojca ze swojego serca, sam też cierpię, jak cierpi każde dziecko, które nie kocha swoich rodziców. Bóg pozostaje wierny w swoich obietnicach, nigdy nie oszukuje. Wezwania "Kochajcie waszych nieprzyjaciół, dobrze czyńcie tym, którzy was nienawidzą" oraz "Czcij ojca swego i matkę swoją" są dziś dla mnie bardziej argumentem w rozmowie z Bogiem, gdy chcę Mu (a tak naprawdę sobie) przypomnieć, co mi obiecał, niż obowiązkiem, który został narzucony na moje słabe, ludzkie barki.

      Dziś w relacji z ojcem, właśnie w takiej trudnej, odnajduję luckier. A dzieląc się tym przydługim wpisem, mam nadzieję poluckrować nim trochę.