czwartek, 4 lutego 2016

Błogosławieni przegrani

Ludziska,
zapraszam!

Moje dziecko kończy dziś 5 lat!
Kiedyś rozsadzała je energia, było nie do usadzenia. Roześmiana buzia prawie się nie zamykała.
Co innego teraz. Trochę posmutniało, chowa się w kącie, nie chce gadać.
Zamyka się w sobie... Bunt pięciolatka czy co?
Może Wasza dzisiejsza obecność na urodzinowej imprezie ośmieli Luckrownię,
rozchmurzy i doda otuchy!
Rozgośćcie się, naróbcie szumu. No i jak co roku, wcinajcie pączki!

Zamiast pięciu świeczek – osiem błogosławieństw,
z podziękowaniem dla wszystkich moich przyjaciół, którzy są ze mną mimo wszystko.




Błogosławieni niemiłosiernie słabi.
To właśnie od was otrzymuję najwięcej miłosierdzia.
Nie brak wam czasu, cierpliwości i zrozumienia.

Błogosławieni zagubieni,
gdy witacie mnie serdecznie na zakrętach mojego życia,
naszych wspólnych bezdrożach.

Błogosławieni słabeusze, tchórze i lenie.
W momentach trwogi i zniechęcenia przypominacie,
że odwaga jest darem z nieba.

Błogosławieni przegrani.
Za to, że przestaliście grać przed ludźmi kogoś innego
- dziękuję wam.

Błogosławieni złamani przez zło,
zmiażdżeni cudzą nikczemnością,
dobroć w waszych oczach jest prawdziwym diamentem.

Pogrążeni w rozpaczy i lęku, błogosławieni jesteście,
gdyż znacie wartość prawdziwej radości z odzysku,
pokoju wbrew wszelkiej nadziei.

Błogosławieni alkoholicy, narkomani, lekomani, palacze, żarłocy i seksoholicy,
wszyscy ludzie skończeni.
Uczycie mnie, że nie jestem alfą i omegą.

Błogosławieni jesteście wy,
rozłożeni dziś na łopatki.
To za was Chrystus rozciągnął swoje ręce na krzyżu.


foto: G.G.
model: Luc
kurtka: po tacie
spodnie: po starszym bracie
buty: w prezencie
koszula: ulubiona
miejsce: mijane codziennie w drodze do kościoła

By obejrzeć zdjęcia w pełnym rozmiarze, wystarczy kliknąć.


środa, 20 stycznia 2016

W mordę!

Ciemno, cicho. Nawet komórka milczy.
Gwizdu fujarek nie słychać od dobrych kilku dni. Tak zdarza się tu coraz częściej. W tym jednak nie do końca śpiącym mieszkanku w dzielnicy robotniczej unosi się zapach kawy i podgniłych resztek żarcia. I ten smród maści rozgrzewającej. Fuj. Góra zaschniętych garów rośnie od ponad tygodnia, a do podłogi przywierają już skarpety. Wczorajsze, dzisiejsze, bez różnicy, chwila moment i już materiał muszę zdzierać z gumoleum. To zapewne sprawka naparu z goździków, co mi się wylał którejś nocy. Może ta mikstura, oprócz silnych substancji przeciwbólowych, skrywa również moce wzmacniające siły grawitacji. To by się nawet zgadzało, coraz trudniej podnieść mi się z łóżka.

Przed chwilą musiałem sięgnąć po tramal... Na samą myśl o nim, robi mi się niedobrze. Mam nadzieję, że zaraz się do mnie choć trochę uśmiechnie. Niech nie baczy, że nasza rozłąka trwała niespełna rok. Puśćmy co złe w niepamięć. Proszę, by uśmiechnął się chociaż półgębkiem. Większych oczekiwań nie mam. Nie życzyłem sobie tych spotkań, które tak naprawdę wnoszą znikomą ulgę podczas tych dni spowitych mrokiem. Byłem przez ten rok uparty. I co z tego? Leki przeciwpadaczkowe w pogotowiu, zastrzyki z ketonalu czekają na przybycie pielęgniarek z mojego najbliższego środowiska. Wiązka spolaryzowanego światła skierowana już dokładnie tam, gdzie boli...

W mordę!
Dziś już wymiękam.

Pewnie wkrótce kolejna fizjoterapia. Odliczanie dni... długich 72 lub więcej dni do kolejnego zabiegu paraliżującego mięśnie twarzy, szyi, a ostatnio i głowy. Niewykluczone, że lada dzień i definitywna wyprowadzka ze stancji, na której dziś, już całkiem oficjalnie otwieram domowy oddział traumatologii. Odział zadłużony, jak we wszystkich szpitalach w Polsce.
Domowy, bo doktory, za przeproszeniem, wuja się znają. Robią, co mogą, ale... Nie potrafią skutecznie wyleczyć. Postawić na nogi.

Dla niewtajemniczonych: od kilkunastu lat cierpię na chorobę neurologiczną, zwaną tajemniczo dystonia ogniskowa. (Na łamach blogu nie wspominałem o niej często, ale teraz trudno będzie przemilczać temat moich zdrowotnych trudności.) To takie niewiadomoco, co każe określonej grupie mięśni szkieletowych w Twoim ciele kurczyć się zupełnie bez... wbrew Twojej woli. Choroba o wielu twarzach, lubująca się wśród muzyków (kurcz muzyka) i pisarzy (kurcz pisarski). Zagadkową przypadłość zdiagnozowano u mnie dopiero kilka lat temu. Aby tego było mało doskwierają mi problemy ze stawem skroniowo-żuchwowym. Takim małym, w szczęce. Używasz go przy każdym kęsie, wypowiedziany słowie, wyśpiewanej głosce, ziewnięciu i pocałunku. Mimo kilku podejrzeń, pewnych ustaleń i rozpoznań (jak czynniki genetyczne, gra na instrumentach dętych, wrodzony niedorozwój części żuchwy), licznych konsultacji i nawet zagranicznych badań, wielu sposobów terapii, ból doskwiera mi na tyle, że potrafi konkretnie zdezorganizować życie. I nie ukrywam, mam często ochotę się poddać. Wielu medyków rozkłada ręce, a cała rzesza bagatelizuje zgłaszane przeze mnie dolegliwości ze względu na moją medyczną przeszłość w kolorze żółtym.

Pewnie jeszcze tej nocy zabraknie mi paciorków i przytłoczy bezlitośnie nadmiar Bożych tajemnic. Proszę o modlitewne wsparcie, ból jest już tak silny, że zacznę chyba chodzić po ścianach. W sumie te klejące skarpety mogą się przydać.

Wcześniej tylko powinienem zamurować okna...
i wykręcić klamki.


Proszę o modlitwę, bo nawet jeśli ostatnio udaje mi się utrzeć luckier, to bardzo szybko gorzknieje.





czwartek, 12 lutego 2015

O tym, jak skryła się
w pączku

Tegoroczny tłusty czwartek nie będzie taki przesłodki jak zazwyczaj. Piszę tu coraz rzadziej, ale dziś, w 4 urodziny Luckrowni, nie przystoi nie uronić choćby kropelki luckru, nie wyłożyć choć jednego pączka na ławę.

Zacznę może od początku, czyli... od końca ostatniego wpisu na moim blogu.


W lipcu zeszłego roku podzieliłem się z Wami pragnieniem wyruszenia na dwóch kółkach w Drogę, która zaprowadzić mnie miała do Gwieździstego Pola, czyli Santiago de Compostela. Wspominałem o przeszkodach i iście niebiańskich interwencjach, a swoje wyznanie zakończyłem słowami pełnymi nadziei w spotkanie mojej woli z Bożą wolą:

"Być może jakoś tak to już pomyślane zostało w niebie, bym zdrowymi nogami ucierał luckier..."

Nadziei ubyło, gdy dwa miesiące po publikacji wakacyjnego wpisu zasypiałem w łóżku razem z kaczką. Zamiast obmyślać przygotowania do przebycia rowerem ponad 3 500 kilometrów pątniczego szlaku, wzdrygałem się na samą myśl, że za kilka godzin będzie trzeba pokonać aż 8 metrów do toalety. Przeliczyłem swoją elastyczność w codziennych ćwiczeniach i jednego wrześniowego, niedzielnego wieczora, kiedy przyszło poprawiać sobotnie wesele, więzadła w moim kolanie nie wytrzymały. Taniec jakich wiele, ze zrównoważoną partnerką (częściej to ja jestem tym nieprzewidywalnym osobnikiem w parze, a ze swoich tanecznych wpadek mógłbym napisać książkę), tylko że tym razem moja noga nagle wykręciła się na bok ciała. "Zwichnięcie rzepki. Miał pan szczęście, jeśli do końca roku nic się nie przydarzy, to w ciągu kilku miesięcy wróci pan do pełnej sprawności" - słowa lekarza z izby przyjęć średnio mnie uspokoiły.

Podczas kliku tygodni przymusowego leżenia nie zostałem jednak sam i bez nadziei. Drzwi zajmowanej przeze mnie kawalerki zdawały się nie wiedzieć, co to znaczy "zamknięte". Nadzieja przykuśtykała do mnie niezgrabnie o kulach. Potrafiła też schować się w słoikach wypełnionych pomidorówką, nieśmiało tajniaczyła się między pierogami w plastikowym pudełku. Spozierała na mnie zza mielonego, puszczała oczka, polegując smacznie na schabowym. Kiedyś wyskoczyła z patelni pełnej placków ziemniaczanych, a innym razem z piekarnika i wymyślnej zapiekanki. Pewnego ranka skryła się w pączku, przyniesionym prosto z piekarni. Podjeżdżała pod blok i woziła do lekarza, kościoła, Biedronki, McDonalda. Przynosiła zakupy, domowe ciasta, gry planszowe, seriale całymi sezonami i najciekawsze filmy sezonu. Przede wszystkim pokrzepiała swoją obecnością i dobrym słowem. Uśmiechała się do mnie z każdej czekolady.
Niestety, podczas gdy uczone głowy pozwoliły odważniej poruszać się na czterech nogach, a listopadowe dni zaszły jesienną słotą, napatoczyły się wirusowe paskudztwa. W sumie to cztery ich było, a przychodziły jak w zegarku, jedno po drugim, miksując objawy (gorączka, katar, kaszel, jelitówka, korzonki, opryszczka). Kule musiały zatem postać w kącie przez kolejne, jeszcze dłuższe tygodnie. Do czekolady dołączył czosnek, cebula, chilii, spirytus, imbir i cytryna. A buzię, jak to już z Lucowym licem bywa, zaczął wykręcać ból. Z granicznym bólem spędziłem prawie całą Wigilię i cały Sylwester.

Trzymiesięczne zaleganie w łóżku (czytaj: brak dochodów), groziło rychłym bankructwem. Problemy zdrowotne zmusiły mnie do rezygnacji z dotychczasowej pracy. W skarbonce zabrakło kilku gorszy na leczenie, rachunki i codzienne zakupy. I tym to razem nie zabrakło moich bliskich i przyjaciół, którzy wspomogli finansowo i w poszukiwaniach pracy.
Mój budżet, choć nadal dziurawy, został połatanych zleceniami na artykuły i innymi okołowydawniczymi pracami, które bardzo sobie cenię. Dla przykładu, kilkadziesiąt dni spędzonych nad rękopisem polskiego uczonego, żyjącego na przełomie XIX i XX wieku, odcisnęło na mnie niewysłowione piętno. Po tak intensywnym obcowaniu z tekstem tego wybitnego, i zarazem wybitnie niepolonistycznego umysłu, moje życie wygląda zupełnie inaczej. Przestało być oczywistym to wszystko, nad czym wcześniej dumać mi nie wypadało. Dziś zadrży mi ręka, nim przyjedzie zapisać (łącznie czy rozdzielnie?) "niema", "wogóle", "toż same", "popierwsze", (u czy ó?) "dwuch", a także (z tytułu epoki) (j czy i?) "subjektywnie", "objektywnie", "nadzieji", (gie czy ge?) "gienjalnie" itd. Ale bez dygresji. Wdzięczny jestem Bogu za pomoc tych wszystkich ludzi, których posyłał i wciąż do mnie posyła z jedzeniem, zakupami, wolnym miejscem w aucie, uśmiechem, ofertą pracy. Nie poradziłbym sobie z panoszącym się nieszczęściem, gdyby nie dobra wola tych wszystkich, których wyliczyć niepodobna.

Choć kule poszły w odstawkę i zazwyczaj jest co włożyć do gara, z dnia na dzień przybywa kroków na liczniku, to nie będę Wam słodził - dopadają mnie demony. Przyszłość, abstrahując od planów rowerowej pielgrzymki do Santiago, jawi się mniej jasno niż te kilka miesięcy wstecz. A może po prostu... To wszystko to tylko zapowiedź, by wyglądać czegoś nowego... Kompletnie niespodziewanego. Albo tego koniecznego, przed czym chciało się uciec.

PS Zachęcam Was, byście z okazji urodzin Luckrowni zostali jeszcze chwilę. Długie miesiące chorowania przyniosły też całkiem miłe skutki uboczne, które możecie zobaczyć i odsłuchać poniżej. Gdy do zdrowia powracała noga, nie próżnowały moje palce, które nie tylko wklepywały literki na klawiaturze. Odważyłem się na grę na flecie sopranio z nut. Ze słuchu to było zrozumiane, ale z nut - nigdy! Udało mi się nawet rozczytać jedną część koncertu Vivaldiego.
Ponadto przygotowuję płytę z piosenkami z bajek Disneya. Chciałbym wręczyć ją w prezencie mojej siostrzenicy, Nele. Dla uczczenia wesołej twórczości dwa utwory umieściłem już w serwisie soundcloud.
Z kolei dla mojego przyjaciela Mateusza, który mimo swoich problemów i ograniczeń, pomagał mi w trudnych chwilach, sporządziłem mały urodzinowy upominek. Wypisałem mu notesik z żartami słownymi, które potrafią go rozchmurzyć pomimo życiowych burz.
Czas na najpiękniejsze piosenki Disneya i najbardziej kolorowe suchary. ;)







piątek, 25 lipca 2014

W drodze
do Santiago de Compostela...

Jest takie miejsce na ziemi, które od wieków porywa ludzkie serca do podjęcia pielgrzymiej drogi. Niewielkie z rozmiarów, lecz szczycące się międzynarodową sławą hiszpańskie miasto przez cały rok wita niestrudzone tłumy pątników, którzy bez względu na odległość, narodowość, kulturę, a nawet wyznanie przebyli czasem tysiące kilometrów piechotą lub innymi środkami lokomocji. Na mapie Europy, która nie zapomina o swoich chrześcijańskich korzeniach, przybywa szlaków pomocnych w znalezieniu drogi do celu. Droga św. Jakuba, tzw. Camino, prowadzi również z mojego miasta, Lublina. Marzenie o podjęciu świętej wędrówki od progu domu do Santiago de Compostela, tyle że rowerem, jest również skryte i w moim sercu. Ale zanim się ziści sen o pielgrzymce do "pola gwiazd", chciałbym się do niej przygotować, pokonując wcześniej mniejsze dystanse, a nade wszystko oddając moje pragnienie Świętemu Apostołowi.

Można się tylko domyślać jak teraz, w dniu kiedy Kościół Katolicki wspomina św. Jakuba Większego Apostoła, wygląda katedra pod jego wezwaniem, położona w samym sercu Santiago de Compostela. Największe na świecie, 40-kilogramowe kadzidło (Botafumeiro) zapewne okadza dziesiątki tysięcy pielgrzymów, których zgromadziła odpustowa uroczystość. Tyle samo tysięcy uścisków otrzyma średniowieczna figura św. Jakuba, którego relikwie i grób skrywa ta jedna z większy romańskich budowli półwyspu Iberyjskiego. Choć nie wszyscy pielgrzymują do Composteli z pobudek religijnych, bo na Camino miniemy się - obok rzeszy chrześcijan, a także grupek muzułmanów i buddystów - z ludźmi całkowicie niewierzącymi, to wyobrażam sobie jednak panującą wówczas atmosferę modlitwy i zmęczenia, które wydaje u grobu Świętego obfite owoce. 25 dzień lipca jest wielką uroczystością od wieków, stanowi okazję nie tylko do przeżyć duchowych, lecz także doświadczenia wspólnoty i braterstwa podczas kilkudniowej fiesty, przy dzieleniu się chlebem i wodą w okolicznych schroniskach i na polach gęsto wypełnionych namiotami. Marzę o tym, by w następnym roku podjąć pielgrzymią drogę rowerem i oddać swoje intencje św. Jakubowi.

Swoją pielgrzymkę życia chciałem odbyć już w tym roku. Jednak za późno powziąłem przygotowania. Czego będę potrzebował, żeby wyruszyć w tak daleką drogę? A pytając głębiej: jak rozeznać, czy moje pragnienie obok duchowych pobudek nie skrywa tak naprawdę chęci ucieczki przed niełatwą rzeczywistością? Te pytania, na które trudno odpowiedzieć samemu, przedstawiłem kilka miesięcy temu zakonnikowi, który udzielał błogosławieństwa wielu pątnikom wyruszającym do Santiago, który - jak się okazało podczas rozmowy - nosi podobne pragnienie serca i ma za sobą pierwsze odcinki na jakubowym szlaku. "Łukasz, jeśli to dzieło Boże, Bóg sam dopomoże. Ważne, by decyzja zapadła w zgodzie z Tobą samym, nie naruszając Twojego zdrowia i nałożonych obowiązków" - tak zaczął przy udzielaniu wskazówek. Wyliczył kilka furtek, których otwarcie miało oznaczać przychylność Woli Bożej mojej intencji. Po pierwsze miałem rozmawiać z lekarzami. Właśnie zbliżał się termin długo odkładanej wizyty u psychiatry, który poproszony o wyrażenie swojej opinii o moim pomyśle po prostu... się rozpłynął. Zaczął opowiadać o walorach takiej duchowej podróży nie tylko w ujęciu medycznym, oczywiście podpartym wynikami badań ("zawsze Ci powtarzam, że mózg ludzi wierzących w Boga czy w Absolut, siłę sprawczą, jest bardziej wydajny..." - tu zaczął się wywód o hipokampie, którego nie sposób streścić) ale także antropologicznym, wskazując na wielką siłę tkwiącą w takiej decyzji i wysiłku, który może zmienić bieg historii (w sumie wszystkie słowa z powyższego zdania mogę wziąć w cudzysłów, gdyż przytaczam wypowiedź mojego lekarza). Zachęcony entuzjazmem mojego doktora, zacząłem pytać kolejnych, dzięki którym mam jeszcze czasem chleb i coś do chleba, czy wyraziliby zgodę na mój wyjazd. W rozmowach z nimi również odczytałem otworzenie kolejnych furtek. Prawie wszystko szło jak z płatka... aż do pewnego czerwcowego południa.

Żar lał się z nieba, a ja niemal spływałem w dół po schodach w kamienicy, gdzie mieszkają moi rodzice, by odpiąć mój niepowszednio przypięty rower do barierki na parterze. Na parterze zastałem barierkę, ale po rowerze nie było ani śladu. Nie wdając się w szczegóły, rower został skradziony około 20-paru minut przed moim wyjściem z domu, w środku dnia, w ciągu kilkunastu sekund. Zawróciłem i jedyne co przychodziło mi do głowy, to słowa Psalmu 88, który miałem możliwość rozważać dzień wcześniej. Słowo to mówi o wielkim cierpieniu, samotności, to fragment Pisma św., który przed laty, w czasie głębokiej depresji, jako jedyny przemawiał do mnie, bo opisywał w pełni to, co wtedy czułem. Z moimi dwoma kółkami kupionymi za jedno koło wiązałem nie tylko pielgrzymkę do Santiago, ale również wszystkie awaryjne, okołowakacyjne plany. Czułem się jakby zapadł się pode mną ostatni skrawek ziemi, oberwał fragment urwiska, nad którym balansuje od miesięcy. Nie będę ukrywał, że jazda na rowerze jest dla mnie metodą walki z bólem i nigdy nie liczyłem przebytych kilometrów, które zawsze były drogą do poprawy jakości dnia codziennego. Wiatr podczas jazdy rozpędzał czarne myśli i prowokował do rozluźnienia mięśnie objęte dystonią ogniskową. Zacząłem w tym momencie szczerze się modlić i pytać Boga, czego ode mnie chce. Może jakoś bardzo nie zaniedbuję modlitwy, ale już bardzo dawno nie modliłem się z taką otwartością na Bożą Wolę, z pominięciem swojego rozżalenia i wewnętrznego bólu... jak psalmista z Psalmu 88. Myślałem sobie, że Pan Bóg przemówił: Masz nie jechać do Santiago.

Wydarzenie kradzieży, choć przykre, zmusiło mnie do modlitwy na serio. I chyba nie tyle moja modlitwa, co niezbadana Boża Opatrzność, stała się gruntem dla kolejnego cudu. Podczas wiosny krąg znajomych, z którymi dzieliłem się swoimi szalonymi pielgrzymkowymi planami, rozszerzał się. Po kradzieży dostałem wiadomość: Nie martw się o rower. Okazało się, że ktoś, w ukryciu zasponsorował mi rower, używany podobnej klasy do moich wcześniejszych dwóch kółek. W zestawie do roweru otrzymałem też profesjonalne sakwy, wytrzymalsze zapięcie, znakomite oświetlenie i wiele gadżetów, dzięki którym mogę pojechać hen hen... nawet do Santiago. Po kilku tygodniach okazało się, że mój pojazd jest lepiej wyposażony niż przed kradzieżą i do dziś doprawdy nie wiem, jak skomentować całe zajście. Zamiast słów, wyruszyłem w drogę... Na jednodniową pielgrzymkę Drogą św. Jakuba do Sandomierza, by swoją modlitwą podziękować darczyńcy, który nie chciał się ujawnić, bym nie czuł się w żaden sposób zobowiązany.

Pielgrzymka rozpoczęła się od porannej mszy w lubelskiej bazylice oo.Dominikanów, którzy są wprawieni w Bożej odprawie tych wszystkich, których woła Camino, szaleńców takich jak ja. Po otrzymaniu specjalnego błogosławieństwa skierowałem się nieopodal drzwi bazyliki, gdzie na kamiennym murku widnieje pierwszy z malunków muszli, która od wieków średnich służy jako symbol do oznakowania szlaków św. Jakuba, jak i kroczących nimi pątników. Choć tradycja dopuszcza poruszanie się po szlaku rowerem i konno, to wytyczany jest on zazwyczaj z myślą o pieszych wędrowcach, dlatego często przebiega przez bezpieczne ciągi komunikacyjne, polne drogi i leśne ścieżynki. Z myślą o moim objuczonym po trosze rowerze musiałem trochę nagiąć mapę, by przejechać sprawnie i bez niepotrzebnych kolizji z krzakami, korzeniami, w piaskowych zaspach. Mimo wszystko i tak po kilkunastu kilometrach ugrzązłem w porządnym leśnym błocie i niezniechęcony jechałem w stanie drugiej świeżości przed siebie. Po drodze starałem się pamiętać o nawiedzaniu świątyń, ze szczególnym wskazaniem na te, którym patronuje św. Jakub, najlepszy opiekun pielgrzymów. Udało mi się więc pomodlić przy kościele w Głusku i w Zaklikowie, gdzie odpocząłem od lipcowej spiekoty. Wraz z przybywająca sumą kilometrów, przed moimi oczyma roztaczały się coraz piękniejsze krajobrazy skryte w Dolinie Bystrzycy. Powiat Kraśnicki w Drodze do Zakrzówka witał mnie polami kukurydzy i licznymi plantacjami malin, które zdawały się nie mieć końca. Za Kraśnikiem z kolei przemierzałem pustkowia z połaci pól, łąk i lasów, urozmaicone dopiero gdzieś przy horyzoncie nieśmiało wystającymi dachami pojedynczych domostw. Po minięciu miejscowości całkowicie skąpanych w Zieleni, położonych na granicy województw lubelskiego i podkarpackiego, przeprawiłem się przez Wisłę promem w Zawichoście. Stamtąd, z dala od drogi wojewódzkiej, przemierzałem sandomierskie wąwozy odziane bogato w owocowe sady. Niestety, z powodu zawirowań czasowych i tajemniczej awarii samochodu, którym wyjechał po mnie mój znajomy, 10 km przed celem musiałem zawinąć do miejscowości Dwikozy, gdzie mój rozmontowany rower trafił do bagażnika.

Wszystkie te pomyślne zbiegi okoliczności, na które nie miałem żadnego wpływu... Samo przecież pragnienie wyruszenia do Santiago zostało zasiane w moim sercu przez Kogo innego... Nie zwalniają mnie z obowiązku stałego pytania Boga, czy rzeczywiście Jego Wolą jest, by dzień 25 lipca 2015 roku spędzić prawie nad Oceanem Atlantyckim, 3 500 tysiąca kilometrów stąd, po przezwyciężeniu niemal stałego bólu szczęki i połowy twarzy. Być może jakoś tak to już pomyślane zostało w niebie, bym zdrowymi nogami ucierał luckier...

A na koniec kilka chwil uchwyconych komórkowym aparatem...