czwartek, 12 lutego 2015

O tym, jak skryła się
w pączku

Tegoroczny tłusty czwartek nie będzie taki przesłodki jak zazwyczaj. Piszę tu coraz rzadziej, ale dziś, w 4 urodziny Luckrowni, nie przystoi nie uronić choćby kropelki luckru, nie wyłożyć choć jednego pączka na ławę.

Zacznę może od początku, czyli... od końca ostatniego wpisu na moim blogu.


W lipcu zeszłego roku podzieliłem się z Wami pragnieniem wyruszenia na dwóch kółkach w Drogę, która zaprowadzić mnie miała do Gwieździstego Pola, czyli Santiago de Compostela. Wspominałem o przeszkodach i iście niebiańskich interwencjach, a swoje wyznanie zakończyłem słowami pełnymi nadziei w spotkanie mojej woli z Bożą wolą:

"Być może jakoś tak to już pomyślane zostało w niebie, bym zdrowymi nogami ucierał luckier..."

Nadziei ubyło, gdy dwa miesiące po publikacji wakacyjnego wpisu zasypiałem w łóżku razem z kaczką. Zamiast obmyślać przygotowania do przebycia rowerem ponad 3 500 kilometrów pątniczego szlaku, wzdrygałem się na samą myśl, że za kilka godzin będzie trzeba pokonać aż 8 metrów do toalety. Przeliczyłem swoją elastyczność w codziennych ćwiczeniach i jednego wrześniowego, niedzielnego wieczora, kiedy przyszło poprawiać sobotnie wesele, więzadła w moim kolanie nie wytrzymały. Taniec jakich wiele, ze zrównoważoną partnerką (częściej to ja jestem tym nieprzewidywalnym osobnikiem w parze, a ze swoich tanecznych wpadek mógłbym napisać książkę), tylko że tym razem moja noga nagle wykręciła się na bok ciała. "Zwichnięcie rzepki. Miał pan szczęście, jeśli do końca roku nic się nie przydarzy, to w ciągu kilku miesięcy wróci pan do pełnej sprawności" - słowa lekarza z izby przyjęć średnio mnie uspokoiły.

Podczas kliku tygodni przymusowego leżenia nie zostałem jednak sam i bez nadziei. Drzwi zajmowanej przeze mnie kawalerki zdawały się nie wiedzieć, co to znaczy "zamknięte". Nadzieja przykuśtykała do mnie niezgrabnie o kulach. Potrafiła też schować się w słoikach wypełnionych pomidorówką, nieśmiało tajniaczyła się między pierogami w plastikowym pudełku. Spozierała na mnie zza mielonego, puszczała oczka, polegując smacznie na schabowym. Kiedyś wyskoczyła z patelni pełnej placków ziemniaczanych, a innym razem z piekarnika i wymyślnej zapiekanki. Pewnego ranka skryła się w pączku, przyniesionym prosto z piekarni. Podjeżdżała pod blok i woziła do lekarza, kościoła, Biedronki, McDonalda. Przynosiła zakupy, domowe ciasta, gry planszowe, seriale całymi sezonami i najciekawsze filmy sezonu. Przede wszystkim pokrzepiała swoją obecnością i dobrym słowem. Uśmiechała się do mnie z każdej czekolady.
Niestety, podczas gdy uczone głowy pozwoliły odważniej poruszać się na czterech nogach, a listopadowe dni zaszły jesienną słotą, napatoczyły się wirusowe paskudztwa. W sumie to cztery ich było, a przychodziły jak w zegarku, jedno po drugim, miksując objawy (gorączka, katar, kaszel, jelitówka, korzonki, opryszczka). Kule musiały zatem postać w kącie przez kolejne, jeszcze dłuższe tygodnie. Do czekolady dołączył czosnek, cebula, chilii, spirytus, imbir i cytryna. A buzię, jak to już z Lucowym licem bywa, zaczął wykręcać ból. Z granicznym bólem spędziłem prawie całą Wigilię i cały Sylwester.

Trzymiesięczne zaleganie w łóżku (czytaj: brak dochodów), groziło rychłym bankructwem. Problemy zdrowotne zmusiły mnie do rezygnacji z dotychczasowej pracy. W skarbonce zabrakło kilku gorszy na leczenie, rachunki i codzienne zakupy. I tym to razem nie zabrakło moich bliskich i przyjaciół, którzy wspomogli finansowo i w poszukiwaniach pracy.
Mój budżet, choć nadal dziurawy, został połatanych zleceniami na artykuły i innymi okołowydawniczymi pracami, które bardzo sobie cenię. Dla przykładu, kilkadziesiąt dni spędzonych nad rękopisem polskiego uczonego, żyjącego na przełomie XIX i XX wieku, odcisnęło na mnie niewysłowione piętno. Po tak intensywnym obcowaniu z tekstem tego wybitnego, i zarazem wybitnie niepolonistycznego umysłu, moje życie wygląda zupełnie inaczej. Przestało być oczywistym to wszystko, nad czym wcześniej dumać mi nie wypadało. Dziś zadrży mi ręka, nim przyjedzie zapisać (łącznie czy rozdzielnie?) "niema", "wogóle", "toż same", "popierwsze", (u czy ó?) "dwuch", a także (z tytułu epoki) (j czy i?) "subjektywnie", "objektywnie", "nadzieji", (gie czy ge?) "gienjalnie" itd. Ale bez dygresji. Wdzięczny jestem Bogu za pomoc tych wszystkich ludzi, których posyłał i wciąż do mnie posyła z jedzeniem, zakupami, wolnym miejscem w aucie, uśmiechem, ofertą pracy. Nie poradziłbym sobie z panoszącym się nieszczęściem, gdyby nie dobra wola tych wszystkich, których wyliczyć niepodobna.

Choć kule poszły w odstawkę i zazwyczaj jest co włożyć do gara, z dnia na dzień przybywa kroków na liczniku, to nie będę Wam słodził - dopadają mnie demony. Przyszłość, abstrahując od planów rowerowej pielgrzymki do Santiago, jawi się mniej jasno niż te kilka miesięcy wstecz. A może po prostu... To wszystko to tylko zapowiedź, by wyglądać czegoś nowego... Kompletnie niespodziewanego. Albo tego koniecznego, przed czym chciało się uciec.

PS Zachęcam Was, byście z okazji urodzin Luckrowni zostali jeszcze chwilę. Długie miesiące chorowania przyniosły też całkiem miłe skutki uboczne, które możecie zobaczyć i odsłuchać poniżej. Gdy do zdrowia powracała noga, nie próżnowały moje palce, które nie tylko wklepywały literki na klawiaturze. Odważyłem się na grę na flecie sopranio z nut. Ze słuchu to było zrozumiane, ale z nut - nigdy! Udało mi się nawet rozczytać jedną część koncertu Vivaldiego.
Ponadto przygotowuję płytę z piosenkami z bajek Disneya. Chciałbym wręczyć ją w prezencie mojej siostrzenicy, Nele. Dla uczczenia wesołej twórczości dwa utwory umieściłem już w serwisie soundcloud.
Z kolei dla mojego przyjaciela Mateusza, który mimo swoich problemów i ograniczeń, pomagał mi w trudnych chwilach, sporządziłem mały urodzinowy upominek. Wypisałem mu notesik z żartami słownymi, które potrafią go rozchmurzyć pomimo życiowych burz.
Czas na najpiękniejsze piosenki Disneya i najbardziej kolorowe suchary. ;)







piątek, 25 lipca 2014

W drodze
do Santiago de Compostela...

Jest takie miejsce na ziemi, które od wieków porywa ludzkie serca do podjęcia pielgrzymiej drogi. Niewielkie z rozmiarów, lecz szczycące się międzynarodową sławą hiszpańskie miasto przez cały rok wita niestrudzone tłumy pątników, którzy bez względu na odległość, narodowość, kulturę, a nawet wyznanie przebyli czasem tysiące kilometrów piechotą lub innymi środkami lokomocji. Na mapie Europy, która nie zapomina o swoich chrześcijańskich korzeniach, przybywa szlaków pomocnych w znalezieniu drogi do celu. Droga św. Jakuba, tzw. Camino, prowadzi również z mojego miasta, Lublina. Marzenie o podjęciu świętej wędrówki od progu domu do Santiago de Compostela, tyle że rowerem, jest również skryte i w moim sercu. Ale zanim się ziści sen o pielgrzymce do "pola gwiazd", chciałbym się do niej przygotować, pokonując wcześniej mniejsze dystanse, a nade wszystko oddając moje pragnienie Świętemu Apostołowi.

Można się tylko domyślać jak teraz, w dniu kiedy Kościół Katolicki wspomina św. Jakuba Większego Apostoła, wygląda katedra pod jego wezwaniem, położona w samym sercu Santiago de Compostela. Największe na świecie, 40-kilogramowe kadzidło (Botafumeiro) zapewne okadza dziesiątki tysięcy pielgrzymów, których zgromadziła odpustowa uroczystość. Tyle samo tysięcy uścisków otrzyma średniowieczna figura św. Jakuba, którego relikwie i grób skrywa ta jedna z większy romańskich budowli półwyspu Iberyjskiego. Choć nie wszyscy pielgrzymują do Composteli z pobudek religijnych, bo na Camino miniemy się - obok rzeszy chrześcijan, a także grupek muzułmanów i buddystów - z ludźmi całkowicie niewierzącymi, to wyobrażam sobie jednak panującą wówczas atmosferę modlitwy i zmęczenia, które wydaje u grobu Świętego obfite owoce. 25 dzień lipca jest wielką uroczystością od wieków, stanowi okazję nie tylko do przeżyć duchowych, lecz także doświadczenia wspólnoty i braterstwa podczas kilkudniowej fiesty, przy dzieleniu się chlebem i wodą w okolicznych schroniskach i na polach gęsto wypełnionych namiotami. Marzę o tym, by w następnym roku podjąć pielgrzymią drogę rowerem i oddać swoje intencje św. Jakubowi.

Swoją pielgrzymkę życia chciałem odbyć już w tym roku. Jednak za późno powziąłem przygotowania. Czego będę potrzebował, żeby wyruszyć w tak daleką drogę? A pytając głębiej: jak rozeznać, czy moje pragnienie obok duchowych pobudek nie skrywa tak naprawdę chęci ucieczki przed niełatwą rzeczywistością? Te pytania, na które trudno odpowiedzieć samemu, przedstawiłem kilka miesięcy temu zakonnikowi, który udzielał błogosławieństwa wielu pątnikom wyruszającym do Santiago, który - jak się okazało podczas rozmowy - nosi podobne pragnienie serca i ma za sobą pierwsze odcinki na jakubowym szlaku. "Łukasz, jeśli to dzieło Boże, Bóg sam dopomoże. Ważne, by decyzja zapadła w zgodzie z Tobą samym, nie naruszając Twojego zdrowia i nałożonych obowiązków" - tak zaczął przy udzielaniu wskazówek. Wyliczył kilka furtek, których otwarcie miało oznaczać przychylność Woli Bożej mojej intencji. Po pierwsze miałem rozmawiać z lekarzami. Właśnie zbliżał się termin długo odkładanej wizyty u psychiatry, który poproszony o wyrażenie swojej opinii o moim pomyśle po prostu... się rozpłynął. Zaczął opowiadać o walorach takiej duchowej podróży nie tylko w ujęciu medycznym, oczywiście podpartym wynikami badań ("zawsze Ci powtarzam, że mózg ludzi wierzących w Boga czy w Absolut, siłę sprawczą, jest bardziej wydajny..." - tu zaczął się wywód o hipokampie, którego nie sposób streścić) ale także antropologicznym, wskazując na wielką siłę tkwiącą w takiej decyzji i wysiłku, który może zmienić bieg historii (w sumie wszystkie słowa z powyższego zdania mogę wziąć w cudzysłów, gdyż przytaczam wypowiedź mojego lekarza). Zachęcony entuzjazmem mojego doktora, zacząłem pytać kolejnych, dzięki którym mam jeszcze czasem chleb i coś do chleba, czy wyraziliby zgodę na mój wyjazd. W rozmowach z nimi również odczytałem otworzenie kolejnych furtek. Prawie wszystko szło jak z płatka... aż do pewnego czerwcowego południa.

Żar lał się z nieba, a ja niemal spływałem w dół po schodach w kamienicy, gdzie mieszkają moi rodzice, by odpiąć mój niepowszednio przypięty rower do barierki na parterze. Na parterze zastałem barierkę, ale po rowerze nie było ani śladu. Nie wdając się w szczegóły, rower został skradziony około 20-paru minut przed moim wyjściem z domu, w środku dnia, w ciągu kilkunastu sekund. Zawróciłem i jedyne co przychodziło mi do głowy, to słowa Psalmu 88, który miałem możliwość rozważać dzień wcześniej. Słowo to mówi o wielkim cierpieniu, samotności, to fragment Pisma św., który przed laty, w czasie głębokiej depresji, jako jedyny przemawiał do mnie, bo opisywał w pełni to, co wtedy czułem. Z moimi dwoma kółkami kupionymi za jedno koło wiązałem nie tylko pielgrzymkę do Santiago, ale również wszystkie awaryjne, okołowakacyjne plany. Czułem się jakby zapadł się pode mną ostatni skrawek ziemi, oberwał fragment urwiska, nad którym balansuje od miesięcy. Nie będę ukrywał, że jazda na rowerze jest dla mnie metodą walki z bólem i nigdy nie liczyłem przebytych kilometrów, które zawsze były drogą do poprawy jakości dnia codziennego. Wiatr podczas jazdy rozpędzał czarne myśli i prowokował do rozluźnienia mięśnie objęte dystonią ogniskową. Zacząłem w tym momencie szczerze się modlić i pytać Boga, czego ode mnie chce. Może jakoś bardzo nie zaniedbuję modlitwy, ale już bardzo dawno nie modliłem się z taką otwartością na Bożą Wolę, z pominięciem swojego rozżalenia i wewnętrznego bólu... jak psalmista z Psalmu 88. Myślałem sobie, że Pan Bóg przemówił: Masz nie jechać do Santiago.

Wydarzenie kradzieży, choć przykre, zmusiło mnie do modlitwy na serio. I chyba nie tyle moja modlitwa, co niezbadana Boża Opatrzność, stała się gruntem dla kolejnego cudu. Podczas wiosny krąg znajomych, z którymi dzieliłem się swoimi szalonymi pielgrzymkowymi planami, rozszerzał się. Po kradzieży dostałem wiadomość: Nie martw się o rower. Okazało się, że ktoś, w ukryciu zasponsorował mi rower, używany podobnej klasy do moich wcześniejszych dwóch kółek. W zestawie do roweru otrzymałem też profesjonalne sakwy, wytrzymalsze zapięcie, znakomite oświetlenie i wiele gadżetów, dzięki którym mogę pojechać hen hen... nawet do Santiago. Po kilku tygodniach okazało się, że mój pojazd jest lepiej wyposażony niż przed kradzieżą i do dziś doprawdy nie wiem, jak skomentować całe zajście. Zamiast słów, wyruszyłem w drogę... Na jednodniową pielgrzymkę Drogą św. Jakuba do Sandomierza, by swoją modlitwą podziękować darczyńcy, który nie chciał się ujawnić, bym nie czuł się w żaden sposób zobowiązany.

Pielgrzymka rozpoczęła się od porannej mszy w lubelskiej bazylice oo.Dominikanów, którzy są wprawieni w Bożej odprawie tych wszystkich, których woła Camino, szaleńców takich jak ja. Po otrzymaniu specjalnego błogosławieństwa skierowałem się nieopodal drzwi bazyliki, gdzie na kamiennym murku widnieje pierwszy z malunków muszli, która od wieków średnich służy jako symbol do oznakowania szlaków św. Jakuba, jak i kroczących nimi pątników. Choć tradycja dopuszcza poruszanie się po szlaku rowerem i konno, to wytyczany jest on zazwyczaj z myślą o pieszych wędrowcach, dlatego często przebiega przez bezpieczne ciągi komunikacyjne, polne drogi i leśne ścieżynki. Z myślą o moim objuczonym po trosze rowerze musiałem trochę nagiąć mapę, by przejechać sprawnie i bez niepotrzebnych kolizji z krzakami, korzeniami, w piaskowych zaspach. Mimo wszystko i tak po kilkunastu kilometrach ugrzązłem w porządnym leśnym błocie i niezniechęcony jechałem w stanie drugiej świeżości przed siebie. Po drodze starałem się pamiętać o nawiedzaniu świątyń, ze szczególnym wskazaniem na te, którym patronuje św. Jakub, najlepszy opiekun pielgrzymów. Udało mi się więc pomodlić przy kościele w Głusku i w Zaklikowie, gdzie odpocząłem od lipcowej spiekoty. Wraz z przybywająca sumą kilometrów, przed moimi oczyma roztaczały się coraz piękniejsze krajobrazy skryte w Dolinie Bystrzycy. Powiat Kraśnicki w Drodze do Zakrzówka witał mnie polami kukurydzy i licznymi plantacjami malin, które zdawały się nie mieć końca. Za Kraśnikiem z kolei przemierzałem pustkowia z połaci pól, łąk i lasów, urozmaicone dopiero gdzieś przy horyzoncie nieśmiało wystającymi dachami pojedynczych domostw. Po minięciu miejscowości całkowicie skąpanych w Zieleni, położonych na granicy województw lubelskiego i podkarpackiego, przeprawiłem się przez Wisłę promem w Zawichoście. Stamtąd, z dala od drogi wojewódzkiej, przemierzałem sandomierskie wąwozy odziane bogato w owocowe sady. Niestety, z powodu zawirowań czasowych i tajemniczej awarii samochodu, którym wyjechał po mnie mój znajomy, 10 km przed celem musiałem zawinąć do miejscowości Dwikozy, gdzie mój rozmontowany rower trafił do bagażnika.

Wszystkie te pomyślne zbiegi okoliczności, na które nie miałem żadnego wpływu... Samo przecież pragnienie wyruszenia do Santiago zostało zasiane w moim sercu przez Kogo innego... Nie zwalniają mnie z obowiązku stałego pytania Boga, czy rzeczywiście Jego Wolą jest, by dzień 25 lipca 2015 roku spędzić prawie nad Oceanem Atlantyckim, 3 500 tysiąca kilometrów stąd, po przezwyciężeniu niemal stałego bólu szczęki i połowy twarzy. Być może jakoś tak to już pomyślane zostało w niebie, bym zdrowymi nogami ucierał luckier...

A na koniec kilka chwil uchwyconych komórkowym aparatem...














czwartek, 27 lutego 2014

Co trzeba zrobić, żeby spalić jednego pączka?


Jeden począk ma około 300 kalorii. Jak można spalić te kalorie?
Trzeba leżeć przez 7 godzin.
Takiego smsa otrzymałem dziś rano.

Od około października dobrze mi wychodzi to spalanie. Znowu ból, który ścina z nóg, nie daje spać, jeść, pracować, nie porywa ani do tańca, ani do różańca... Krótka chwila wytchnienia od bólu tylko pod koniec grudnia i przez większość stycznia.
W niepamięć odchodzi sztuka pisania na wirtualnym papierze, opadam z sił przy ucieraniu luckru. Tyle, że dziś urodziny Luckrowni... Wypadało się odezwać.


poniedziałek, 23 września 2013

Potrzeba mi nieba

Pierwsze skojarzenie na hasło lato? Niebo, zdecydowanie niebo. Mocno błękitne bez śladu bocianów, których ptasie móżdżki produkują myśli o ucieczce do dalekich krajów. A pod błękitem zielona łąka soczyście ubarwiona gromadą rozhasanych bachorów, których nikt nie wygania do szkoły. A przy łące plaża pełna turystów z kieszeniami wypchanymi biletami tylko w jedną stronę. Niemożliwie bezkresny ocean, a ponad wszystkim słońce, które nie zachodzi, jakby tu dzień skrócić, ale jak rozpromienić każdą noc. Niestety, boćki kapryszą i kręcą dziobami, obładowane dzieciaki nie tak ochoczo maszerują do szkoły już kolejne tygodnie, agencje turystyczne ogłaszają bankructwo. Ocean możliwości coraz to bardziej ograniczony deszczem i chłodem. Słońca jak na lekarstwo. Zaczynam chorować… na koniec lata. Trzeba mi nieba.

   Nie roztkliwiają mnie mimozy, nie porywa żydowskie święto Rosz ha-Szana, ani nie zachwyca polska złota jesień… Cały świat żegna świeżość i życie, rozpoczyna żałobny kondukt pośród spadających liści, by pochować resztki lata. Choć moje lato tego roku było inne: bez wakacji sensu stricto, dalekich wyjazdów, to tęsknię do dni muśniętych słońcem czy wręcz skąpanych w upale. Tęskno mi do światła, które potrafi bezkonkurencyjnie zachęcić do działania, pracy i odpoczynku, zmotywować do życia.
I jak już wspomniałem, nie nadarzyły się w tym roku sposobne okoliczności, by spakować duży plecak i ruszyć daleko, nawet gdziekolwiek (jak chociażby rok temu czy lata dwa wstecz). Słońca jednak mi nie brakowało, gdyż przesiadłem się z autobusów i trolejbusów na rower. Za jedno pożyczone koło nabyłem całkiem przyzwoite dwa koła, które okazały się być niezastąpionym środkiem transportu podczas dnia powszedniego i rewelacyjnym sposobem na odpoczynek nie tylko od święta.

Na początku zjeździłem własne miasto, ścieżek rowerowych przybywa, więc nie idzie tak łatwo się znudzić. Jednak bardzo szybko zasmakowałem, co to znaczy po zaledwie 20 czy 30 minutach znaleźć się poza miastem, gdzie ani TIR-y, ani spaliny nie rzucają się cieniem na rowerowej przejażdżce, która ma być przecież formą odpoczynku, a nie sportem wyczynowym przyprawiającym o mdłości. Inna sprawa, że tak naprawdę dopiero za miastem można poczuć prawdziwy smak turystyki rowerowej i odetchnąć pełną piersią. Jedziesz wolniej niż samochodem, słyszysz wpierw odgłosy kosiarek, które przycinają co do centymetra źdźbła zielonych łodyżek, w ogrodach odmierzonych od linijki, przy domach z symetrycznym rozstawem kolumun, wybudowanych na posesjach polskich Calingtonów. Wyrastające jak grzyby po deszczu podmiejskie rezydencje w końcu giną, zmieszany zapach świeżo koszonej murawy i jeszcze świeższej zaprawy ustępuje miejsca rozpędzonemu powiewowi wiatru, który nachalnie poi powonienie aromatem ziół z pobliskich łąk i leśnej żywicy. Za chwilę pojawiają się chałupinki, jak u babci, opuszczone dworki i szpetne pegieery. Pytając o drogę, może zawiać trochę prytą lub nieekskluzywnym browarem. Zwalniasz, by porozglądać się wokoło. Przepiękne to stworzenie! Do ust cisną Ci się słowa najpiękniejszych psalmów i żadne ujadania kundla, który z prędkością torpedy rzuca się do Twojej kostki, nie zdołają zmącić zachwytu, jaki wzbudził w Tobie widok, dźwięk, zapach, a czasem nawet smak okolicy (jeden raz zatrzymując się na maliny, zostałem poczęstowany gorzałką przez właściciela plantacji – wypiłem oczywiście z grzeczności tylko pół kieliszka). Ma w sobie wiele uroku taki sposób podróżowania, kiedy sam wytyczasz trasę lub spontanicznie zbaczasz z drogi, kiedy zainspiruje Cię inna strona świata, a nawet tracąc azymut, odkrywasz nieznany dotąd zakątek.

Rozkochałem się w tych rowerowych wycieczkach, zacząłem szukać nowych szlaków i kierunków. Północ, południe, wschód, zachód, 30, 50, 80, 100 km od domu. Zacząłem odwiedzać znajomych i córki chrzestne, zatrzymując się na jedną noc, jeśli czas pozwalał. W końcu kolega złożył mi nietuzinkową propozycję – „Krawiec, pojedźmy do Częstochowy!”. Trzydzieści batonów, dwadzieścia cztery kanapki, około dwudziestu wydruków map, osiemnaście kluczy, sześć kół, trzy zapasowe dętki i dwa różańce – dwóch grzeszników wyruszyło na Jasną Górę, by tam przeżyć Uroczystość Najświętszej Maryi Panny Częstochowskiej. Droga była udana, mimo małych problemów z moimi sakwami i bolącym kolanem mojego pielgrzymkowego brata. :) Spotkaliśmy się z życzliwością nocujących nas ludzi, a także tych spotkanych po drodze (tak, tak, właśnie podczas rowerowej pielgrzymki piłem wspomnianą gorzałkę). W przerwach pomiędzy kręceniem pedałami, znalazł się czas na modlitwę. Ostatniego, trzeciego dnia dołączył do naszej dwójki słodki ładunek, który przy wtórze gitary wyśpiewywał nabożne pieśni, nawet te nieznanego pochodzenia, a dokładniej w języku aniołów. Syn mojego współbrata, prawie 4-letni Franio, pomagał nam się modlić prosto z przyczepki.

   Wróciłem zmęczony, ale szczęśliwy i z chęciami podjęcia rowerem pielgrzymiej drogi o wiele dalej, nawet do Rzymu czy Santiago de Compostela… Kto wie, może kiedyś… Wszystko co dobre, jednak się kończy… Aura pogarsza się z dnia na dzień. Codziennym dojazdom stoją na przeszkodzie polarne wiatry i obfite deszcze. Trzeba pomyśleć o innym ubiorze i montażu błotników. Wszyscy moi znajomi wiedzą, że wraz z latem zawsze ożywam, a przy jesieni… Marzę o tym, by znaleźć się w miejscu, gdzie jesień i zima nie straszyłyby słotą i szarością wymieszaną z mrokiem nocy, który wkrada się także do głowy. Z drugiej strony, może tak właśnie ma być z tym zmieniającym się cyklem pór roku jak z tęsknotą do nieba, tego prawdziwego nieba. Kiedy myśli skierowane ku temu, co na górze, pozwalają dzielnie przejść pośród tego wszystkiego, co nas trapi tu na dole i próbuje zwieść z drogi do raju. Lato jeszcze wróci, a niebo czeka.


PS Na koniec moja ulubiona fotka z kapitalnym wykadrowaniem przedniego koła roweru kolegi... Oczywiście z serii "Czy mógłby Pan nam zrobić zdjęcie?"